Chociaż spółdzielnie miały trzy miesiące na to, by sprzedać lokatorom mieszkania za grosze, większość wniosków wciąż nie została rozpatrzona. Biurokracja przerosła urzędników.
W największej w stolicy Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej podania o wykup złożyło ponad cztery tysiące lokatorów. Do dziś żaden nie odebrał aktu notarialnego. Tymczasem mieszkańcy niecierpliwią się, bo od stycznia przy wykupie lokali będą musieli zapłacić podatek. Wniosek złożyłem 31 lipca, tuż przed wejściem w życie ustawy – mówi pan Krzysztof, który ma mieszkanie lokatorskie w WSM. – Czekam trzy miesiące i nic się nie dzieje. Nie dostałem od spółdzielni żadnego pisma, wyliczenia, ile będę musiał zapłacić. Jeśli spółdzielnia nie załatwi mojej sprawy do końca roku, będę musiał zapłacić siedmioprocentowy podatek. Co na to spółdzielnia mieszkaniowa?
Nie dało się niczego przyspieszyć. Do każdego lokalu trzeba przypisać kawałek gruntu, to wymaga planów, zaświadczeń o samodzielności lokali. Na szczęście już do nas spływają i od przyszłego tygodnia będziemy mogli podpisywać akty notarialne. Powinniśmy wyrobić się w dwa miesiące – mówi Kazimiera Szerszeniewska, prezes WSM. Zdarza się, że członkowie spółdzielni straszą nas sądami, denerwują się, bo chcą natychmiast sprzedać wykupione mieszkanie. Teraz chcemy upoważnić dyrektorów osiedli do podpisywania aktów w imieniu zarządu spółdzielni – mówi Szerszeniewska. – Muszą być przy tym dwaj członkowie zarządu, a przy takiej liczbie spraw byłoby to fizycznie niemożliwe. W Spółdzielni Mieszkaniowej Koło wnioski złożyło 400 lokatorów. Ich sprawy wciąż są w toku. – Ustawodawcy nie zdawali sobie sprawy z tego, co znaczą narzucone spółdzielniom trzy miesiące – mówi Janusz Szmigiera, prezes SM Koło. – Musielibyśmy podpisywać 58 aktów notarialnych dziennie, przy każdym musi być dwóch członków zarządu i notariusz. To niewykonalne. Nawet przy ośmiu aktach dziennie procedura trwałaby do 2009 roku. W SM Centrum Wola jest lepiej. Chęć wykupu mieszkań zgłosiło 95 osób. 20 lokatorów odebrało już akty notarialne. – Mieliśmy przygotowane kartoteki lokali, uregulowany stan prawny gruntów, dlatego nie mamy opóźnień – zapewnia prezes Krzysztof Michalak.
Opinia:
Trzeba pilnować swoich spraw Lidia Staroń, posłanka PO, założycielka Stowarzyszenia Obrony Spółdzielców.
Z wykupem mieszkań są bardzo duże problemy, mamy mnóstwo interwencji z Warszawy. Zarządy spółdzielni blokują możliwość wykupienia mieszkań, żądają dodatkowych opłat, do których nie mają prawa. Mnożą zbędne formalności i domagają się zaświadczeń, za których wydanie biorą pieniądze, np. do wniosku o wykup mieszkania każą dołączyć zaświadczenie o niezaleganiu z czynszem, które wystawia spółdzielnia za opłatą. Żądają też dopłat do funduszu remontowego. Nie mają do tego prawa. Niektóre wymuszają podpisanie dodatkowych dokumentów, z których wynika, że będą miały możliwość administrowania budynkiem. Nie mogą tego robić, zarządzać ma prawo tylko wspólnota. Nie wolno zmuszać mieszkańców do podpisywania takich papierów. Co robić, jeśli po trzech miesiącach wciąż nie wiemy, na jakim etapie jest przygotowanie do sprzedaży mieszkania? Najlepiej wysłać pismo z pytaniem, na jakim etapie jest spółdzielnia. Ważne, żeby nie załatwiać niczego ustnie. Jeśli widzimy, że spółdzielnia pracuje i nie opóźnia niczego specjalnie, możemy spokojnie czekać. Natomiast jeśli w naszej sprawie nic się nie dzieje, mamy prawo złożyć zawiadomienie do prokuratury. Jeśli zaniechania są celowe, możemy dochodzić swoich praw. Członek spółdzielni ma możliwość wyboru notariusza, spółdzielnia nie powinna narzucać mu swojego. Opłaty nie mogą przekroczyć ustawowych 545 zł. Spółdzielnia nie może zabronić nam wglądu do dokumentów ani zawyżać wartości gruntu, na którym stoi budynek. Musimy też sprawdzić, czy w akcie notarialnym jest zapisane prawo do przynależnych pomieszczeń, np. piwnic czy strychu.
Źródło: Życie Warszawy