Spółdzielnia żąda pokrycia kosztów modernizacji bloków(06-02-2008 08:54)
Panika na katowickim osiedlu Tysiąclecia. Mieszkańcy dostają listy ze spółdzielni z żądaniem pokrycia kosztów modernizacji bloków. Rachunki wynoszą nawet po 10 tys. zł. Ludzie wystraszeni: skąd mamy aż tyle wziąć?!
Mieszkańcy osiedla nie mówią teraz o niczym innym. Każda kartka zostawiona przez dozorczynię wywołuje panikę. Listy dotarły już do wielu rodzin. W nich żądanie, by pokryć koszty modernizacji wieżowców. Rachunki - po kilka tysięcy złotych - w zależności od wielkości mieszkania i od tego, jakie prace wykonano w budynku. Sugestia: pieniądze powinny trafić na konto spółdzielni w ciągu 30 dni. W lokatorach narasta bunt. - Nie zapłacimy, bo nie mamy z czego - mówią. Nazwisk "Gazecie" nie podadzą - boją się, że władze spółdzielni będą się na nich mściły.
- Właśnie dostałam rachunek na 5900 zł. Spółdzielnia wyliczyła, że w moim bloku wyremontowano m.in. dojście do budynku, wymieniono windy i instalację wodną. Mam teraz zapłacić za prace, które zostały wykonane już parę lat temu. To skandal, bo przecież od lat płacę na fundusz remontowy - mówi pani Ewa z bloku przy ulicy Piastów. Płacić nie zamierza. Najpierw zażąda od spółdzielni wszystkich faktur za wykonane roboty, listy wykonawców i szczegółowej kalkulacji. - Potem pójdę z tym wszystkim do prawnika - mówi.
Pani Teresa z ul. Tysiąclecia ma zwrócić spółdzielni 8 tys. zł. - To chore! Ludzi nie stać dziś na czynsze. Skąd mamy wziąć takie sumy? Ja nie mam. Będziemy radzić z sąsiadami, co robić - martwi się.
Zbulwersowany jest też Dariusz Kałużny. - Chcą ode mnie prawie 3,6 tys. zł. Są to pieniądze za remont, który został tu przeprowadzony, zanim jeszcze kupiłem mieszkanie! To woła o pomstę do nieba. Może jeszcze każą mi płacić za to, że w ogóle ten blok postawili - komentuje.
Znacznie więcej, bo aż 5,7 tys. zł, spółdzielnia oczekuje od Jarosława Juszkiewicza. Gdy otworzył list i przeczytał pismo, włosy stanęły mu dęba. - Poczułem się jak dłużnik, a przecież po to płacę na fundusz remontowy, żeby uniknąć takich sytuacji. To jakaś granda - uważa. - Jestem przerażony, bo nie mam takiej sumy, ale gdybym stanął na głowie, mógłbym ją jakimś cudem zdobyć. Tymczasem na osiedlu mieszka masa starszych osób, które na pewno nie mają takich pieniędzy. Co będzie z nimi? - zastanawia się Juszkiewicz.
Kazimierza Dorf, prezes spółdzielni, próbuje uspokoić nastroje. Zapewnia, że jeśli ktoś nie chce, to płacić nie musi. - Pisma, które otrzymują lokatorzy, to nie są żadne wezwania do zapłaty, tylko informacja, co wykonano w budynkach. Mamy przecież obowiązek informować mieszkańców. Powinni wiedzieć, na co wydajemy pieniądze - mówi Dorf. Jeśli ktoś chce, może wpłacić jednorazowo lub na raty wyliczone sumy. Obowiązku jednak nie ma.
- Osoby, które mają spółdzielcze mieszkania własnościowe, a wpłacą naliczone sumy, przez dziesięć lat nie będą musiały opłacać funduszu remontowego. Teraz płacą od 85 groszy do 1,15 zł za metr miesięcznie. Każdy może sobie wybrać, jak mu wygodnie - dodaje Dorf. - Lokatorzy, którzy nie wpłacą pieniędzy, mogą zapewne liczyć na podwyżkę opłat na fundusz remontowy.
Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice